Najnowsze Wpisy

zakleciaimiecze Komentarze (0)
17. kwietnia 2009 12:49:00
linkologia.pl spis.pl

Sala tronowa była zbudowana z ogromnych kamiennych bloków. Grube posrebrzane kolumny zdobione były przez szarfy w kolorach błękitu i złota. Podłogę pokryto drogimi kamieniami, takimi jak szmaragdy, rubiny, szafiry czy diamenty. Cztery witraże, każdy o średnicy czterdziestu łokci, przedstawiały sceny batalistyczne, mające miejsce w historii Lurii. Pierwszy, skierowany na południe, ukazywał obronę Starej Twierdzy przed olbrzymami. Drugi, wschodni, poświęcony był bitwie pod Dzikim Lasem, gdzie elfy poniosły klęskę. Trzeci witraż, skierowany na zachód, ukazywał rzeź karłów mieszkających na Bagnach Wielkiej Rzeki. Północny, wyjątkowo, nie był wypełniony. Czekał na swoją historię. Pomimo tego, że zapadła już noc, blask księżyca, gwiazd i pochodni sprawiał, że cała sala mieniła się w różnorodnych barwach. Wzdłuż ścian stały ciężkie stoły, za którymi zasiadali książęta ziem podległych Lurii, bogaci kupcy, rycerze oraz dwór. Naprzeciwko głównego wyjścia, po drugiej stronie pomieszczenia, na wyłożonym purpurowymi dywanami cokole siedział król.
- Mam nadzieję, że wystarczająco posililiśmy się, aby móc zacząć prawdziwą zabawę – rozległ się gruby niski głos.
Bardowie, stojący po prawej stronie tronu, zaczęli grać wesołą muzykę. Harfa, piszczałki, flety i śpiew dwóch młodzieńców stworzyły bardzo zgrabne dzieło, zachęcające do tańca nawet najbardziej leniwych biesiadników. Północny witraż, znajdujący się nad królem, rzucał jasną łunę światła na środek sali, która teraz powoli zapełniała się dostojnikami. Mężczyźni dworsko kłaniali się damom, a te wstawały z miejsc i podawały swe dłonie partnerom. Nikogo nie zdziwiło, że za stołem wciąż siedział gruby książę Ivor, jego jeszcze grubszy brat Igor oraz kilku mniej ważnych gości, ale każdego zdziwił król, który nie tańczył, a rozglądał się po sali, jak gdyby swym srogim wzrokiem szukał kogoś pomiędzy tańczącymi.
Nagle zza głównych drzwi do uszu wszystkich bawiących się dobiegł krzyk jakiegoś mężczyzny. Był on na tyle głośny, że zagłuszył nawet dźwięk muzyki. Po chwili wrota prowadzące do sali zaczęły otwierać się. Ukazał się w nich człowiek w średnim wieku. Wysoki szatyn o bladej skórze szybkim krokiem ruszył ku królowi. Obdarte spodnie i tunika oraz krew pozostawiana przez buty na podłodze świadczyły o trudach, jakie musiał przeżyć w niedalekiej przeszłości. Przykry zapach potu powoli zaczął roznosić się po pomieszczeniu. Gdy mężczyzna stanął przed samym królem, ręką odgarnął grzywkę ukazując starą bliznę na prawym policzku, pamiątkę walk z elfami. Uklęknął na jedno kolano i rzekł z taką dozą spokoju, na jaką było go w tamtej chwili stać:
- Królu, wybacz, że musisz oglądać mnie w takim stanie, ale sprawy Lurii nie pozwalają mi zwlekać z wiadomością, jaką przynoszę. Proszę o wysłuchanie mojej relacji z pola bitwy.
Wszyscy goście stanęli w miejscach i uciszyli się, bardowie opuścili instrumenty, a sam władca zacisnął zęby przeczuwając, jakie wieści niesie jego strateg.
- Skoro sprawy, o jakich chcesz ze mną rozmawiać są aż tak ważne, jestem zmuszony z żalem opuścić mych gości, ale ręczę, że niebawem wrócę. Muzyka! – rzekł król i wstał z tronu, po czym razem z przybyszem wyszedł z sali przez drzwi znajdujące się pod zachodnim witrażem. Weszli do wąskiego korytarza, którego ściany zdobiły płaskorzeźby przedstawiające różne zwierzęta i potwory. Mężczyzna, idący przed królem, zdjął z haka lampę i ruszył przed siebie. Obaj słyszeli echo kroków. Po minucie drogi dotarli do królewskiej wieży władców Lurii. Przed wejściem stało dwóch strażników, którzy na widok swego pana otworzyli drzwi. Wewnątrz panował mrok. Małą salę rozświetlało słabe światło, jakie rzucały na pomieszczenie cztery pochodnie. Król zasiadł przy stole wskazując gestem ręki na krzesło. Mężczyzna posłusznie usiadł i wreszcie odetchnął. Przez długi czas musiał korzystać z siły swoich nóg, poczuł ogromną ulgę, gdy tylko zajął wyznaczone miejsce. Postawił lampę obok map i czekał, aż będzie mógł mówić.
- A więc, drogi Pazurze, jakie wieści przynosisz? – zaczął władca, starając się ukryć swoją niecierpliwość.
- Nie jest dobrze, panie. Musimy wycofać się z Olbrzymich Gór. Nasze oddziały nie są wyszkolone do walki w górach. Moje pięć setek zostało rozniesionych w pył przez zaledwie osiemdziesięciu olbrzymów. Uratowało się tylko kilkunastu, z czego trzech umarło w drodze do Starej Twierdzy. Zdobyliśmy już całą równinę, sięgającą podnóża gór, więcej nie jesteśmy w stanie zrobić – rzekł strateg.
- Tak... A więc osiemdziesięciu pokonało pięciuset? Pięciuset ciężkich jeźdźców? Czy chcesz mi powiedzieć, że poniosłem pierwszą klęskę od trzech lat?! Czy chcesz mi powiedzieć, że zhańbiłeś Lurię?! – władca tracił spokój, jaki przed chwilą malował się na jego twarzy.
- Tak, mój panie. To przyszedłem powiedzieć. Jestem człowiekiem honoru, dlatego znajdowanie powodów mojej porażki nie leży w mojej naturze, ale ta sytuacja jest inna. Rycerz na koniu wśród gór jest niczym dziecko. Proszę wybaczyć śmiałość, ale żeby uwierzyć, musiałbyś zobaczyć, królu, z kim przyszło... – słowa stratega przerwał krzyk jego słuchacza.
- Jak śmiesz tak mówić?! Zejdź mi z oczu, tchórzu! Trzeba było zostać tam i zginąć z godnością...
- Wybacz, panie – odpowiedział z pokorą w głosie przybysz i wstał od stołu.
- Nie gnijesz teraz w lochu tylko dlatego, że liczę na Twoją poprawę... – wycedził przez zaciśnięte zęby władca, gdy mężczyzna wychodził z pomieszczenia.
Król został sam. Nie miał ochoty wracać na ucztę. Spojrzał na mapę granic Lurii i ze złością uderzył pięścią w obszar zarysowany małymi trójkącikami. Pod nimi widniał napis „Góry Olbrzymie”. „Olbrzymy! Pokonałem już Leliasa III i jego Białą Gwardię, potem zdobyłem tron, obroniłem Starą Twierdzę, zająłem Bagna Wielkiej Rzeki należące do karłów i ujarzmiłem elfy. Zatrzymało mnie osiemdziesięciu... Rozkażę książętom wspomóc moją wyprawę, a wtedy nikt nie przeciwstawi się mojej potędze! Wojsko jest już przecież gotowe. Mogą ruszać chociażby pojutrze. Na czoło armii będę musiał wysłać kogoś lojalnego, niekoniecznie bystrego, bo pomoże mu Pazur. Nie może mnie zdradzić, reszta nie jest ważna. Ale czy którykolwiek z książąt nie szuka okazji do zrzucenia mnie z tronu? Wszyscy synowie dynastii Warów są już zepsuci... Nie, zaraz, znam kogoś, kto mógłby... ” – pomyślał władca i zacisnął zęby. Wstał od stołu, by głośniej krzyknąć w kierunku schodów:
- Warion! Dlaczego nie widziałem cię na sali tronowej?! Ty królewiczu od siedmiu boleści!
Gdy ucichło echo słów króla, nadal panowała cisza. Zdenerwowany mężczyzna ruszył przed siebie. Szybko pokonał odcinek schodów dzielący go od komnaty syna i stanął przed wejściem do niej. Uderzył kilkakrotnie w drzwi, by zauważyć, że nikt się nie odzywa. Wszedł do środka. Rozejrzał się i wszystko zrozumiał. Na łóżku leżał chudy chłopak obok książek, z których uczył się przed zaśnięciem. Miał piętnaście lat. Jego jasna cera nadawała mu poważny wygląd. Krótkie rzęsy skrywały błękit jego oczu, a długie blond włosy przesłaniały połowę twarzy. Był niski jak na swój wiek, bo mierzył tylko sześć stóp.
- Nigdy nie będę miał pożytku z tego bachora, może w czasie wyprawy zmężnieje – rzekł król sam do siebie i wyszedł z komnaty.
Złość, jaką wzbudziły w nim złe nowiny, nie pozwoliłaby mu zasnąć. Opuścił wieżę, uprzednio zbierając ze stołu lampę, i ruszył przez korytarz, którym szedł jeszcze parę chwil wcześniej. Gdy dochodził do drzwi sali tronowej, usłyszał odgłosy muzyki i zabawy. Podziałało to na niego jak oliwa na ogień. Wpadł do środka i spojrzeniem zakazał grać bardom. Ludzie przestali tańczyć, jakaś przestraszona dama upuściła kielich z winem, a książę Igor prawie zadławiłby się kawałkiem mięsa, który połykał w całości. Uratował go brat, Ivor uderzając z całej siły w plecy nieszczęśnika.
- Koniec zabawy! – ryknął król – Książęta zostają!
Służba, kobiety, kupcy, a nawet najodważniejsi rycerze w Lurii zerwali się do wyjścia z pomieszczenia, w którym jeszcze przed chwilą panowała muzyka, taniec i rozpusta w prawie każdym tego słowa znaczeniu. Władca, mierząc wszystkich wzrokiem, powoli podszedł do tronu i majestatycznie zasiadł na nim. Już tylko zdezorientowani książęta zajmowali miejsca przy stołach. Głucha cisza zagościła w sali.
- Bracia, kuzyni, mój rodzie, dynastio Warów – zaczął król – Znacie mnie. Wiecie, że nie rozpętywałbym tej zawieruchy, gdyby nie sprawa wielkiej wagi – po chwili dodał - Yiku, pamiętasz, ile mi zawdzięczasz? – kontynuował spokojnie władca.
- Tak, królu. Ty dałeś mi Południowe Księstwo – odpowiedział z nutą niepewności w głosie.
- Każdy z was mi coś zawdzięcza. Nowa Ziemia, cztery księstwa i twierdze na granicach Dzikiego Lasu i Bagien Wielkiej Rzeki, które bezpieczne są dzięki moim działaniom wojennym. To wszystko należy do was, a dałem wam to ja. Dziś nadchodzi dzień spłaty długu. Każdy z was, jeszcze tej nocy, wyruszy do swych posiadłości, by za trzydzieści dni, stawić się ze swymi oddziałami w Księstwie Północnym – zarządził władca.
W sali podniósł się krzyk. „O co chodzi?!”, „Nikt nie zdoła w takim czasie zebrać swoich sił!”, „To gwałt na prawach dyplomacji, jesteśmy książętami!” i inne hasła docierały do uszu mówcy, który z wyjątkową cierpliwością słuchał postulatów swoich braci i kuzynów. Igor korzystając z okazji chwycił za udko kurczaka. Po chwili władca nie wytrzymał jednak i wstał. Jego sylwetka wydała się ogromna, pełna siły, tak przerażająca, że wszyscy ucichli.
- Nie będą mówili mi zdrajcy, kobieciarze, obżartuchy, pijusy i tchórze co można, a czego nie można! Ja stanowię prawo i siłę tego królestwa! Ja rozkazuję wam dopomóc mi i walczyć u mego boku, bo tego jesteście mi winni! Nie zabawicie tu dłużej niż godziny. Tyle daję na opuszczenie Starej Twierdzy.
Słowa te pokazały, jakie jest stanowisko króla. Nikt już nie próbował oponować. Jedyne dźwięki, jakie dało się słyszeć na sali, to postękiwania księcia Igora, który znowu zadławił się kawałkiem mięsa. Ivor nie śmiał jednak wstać, by pomóc bratu. Twarz szukającego pomocy zaczerwieniła się, oczy wyszły na wierzch. Król z pogardą zmierzył sylwetki książąt i wyszedł z pomieszczenia. Wtedy dopiero mężczyźni rzucili się, by pomóc duszącemu się.
Dwie godziny później w komnacie na samym szczycie wieży odpoczywał król. Wpatrywał się w gwiazdy i rozmyślał nad sytuacją, w której się znalazł. Ocknął się, gdy usłyszał walenie do drzwi. „Co robią ci nędzni strażnicy, mieli pilnować, by nikt mi nie przeszkadzał... Jest środek nocy!” – pomyślał zirytowany władca i wstał by otworzyć gościowi.
- Czego...
W wejściu stał zakapturzony mężczyzna. Po plecach króla przebiegł dreszcz. Powodem uczucia chłodu, jakie poczuł władca, stojąc na klatce schodowej w koszuli nocnej nie było zimne powietrze, ale czarny płaszcz obcego.
- Ród wydał na ciebie wyrok, mój panie – po komnacie rozległ się bezbarwny głos.
***
Wariona obudził znajomy głos:
- Panie! Nie czas na odpoczynek!
Chłopak usiadł na łóżku i przetarł powieki. Coś dziwnego działo się w jego sypialni. Przestał szeleścić pościelą, by uważniej przysłuchać się dziwnemu dźwiękowi. Ktoś był w jego komnacie... Warion obrócił się i omal nie zemdlał na widok uzbrojonego mężczyzny, który stał za wezgłowiem.
- Pazur! Umarłbym ze strachu! – krzyknął z wyrzutem młodzieniec i wstał.
Strateg musiał przebiec spory odcinek drogi, bo pomimo żelaznych płuc, oddychał bardzo głośno. Odziany był w zbroję. Głowę chronił mu hełm ze złotymi piórami, które oznaczały jego rangę. Tylko usta i oczy były w pełni widoczne. Ramiona pokrywała misiurka, a lewy bark zasłaniał pozłacany naramiennik. Na tors wojownik założył kirys wykonany z metalowych płyt. Na nadgarstkach nosił skórzane karwasze, w każdym umieszczona była połowa szmaragdu. Nogi chroniły nagolenniki. Prawą stronę sylwetki przesłaniała peleryna wyszywana złotymi nićmi. Na jej środku widniało godło Lurii przedstawiające ognistego ptaka lecącego w górę.
- Nie mamy wiele czasu, panie! Zdrada zrodziła się w sercach książąt i możnych twego rodu.
- Zdrada? – powtórzył zdezorientowany Warion.
- Wszystko wyjaśnię w czasie ucieczki, teraz nie ma na to czasu. Szybko! – krzyknął strateg i podał ciężką sakiewkę chłopakowi – Otworzysz ją dopiero, kiedy będziesz bezpieczny, panie, teraz nie ma to czasu!
Wystraszony chłopak spojrzał nerwowo na okno. Co takiego mogło się stać? Noc była zimna, a on miał na sobie tylko tunikę, w której spał. Spieszył się tak bardzo, że nie zdążył założyć nic innego prócz sandałów i pasa, za który schował podarunek. Obaj wybiegli z komnaty. Kamiennymi schodami szybko dotarli do izby znajdującej się na parterze wieży.
- Zaraz, a co z moim ojcem? – zatrzymał się zaniepokojony Warion, by zadać pytanie.
- Nie mamy teraz na to czasu! – odparł z naciskiem Pazur i otworzył drzwi prowadzące do korytarza.
Biegli dalej. Chłopak przewrócił się o kamienne płyty, ale zaraz wstał i dogonił wojownika. Słyszeli tylko swoje oddechy i stukot twardych podeszew butów Pazura. Gdy byli w połowie drogi do sali tronowej Warion stanął.
- Nie mogę, nie wiem o co chodzi, muszę wrócić po ojca... – zaczął mamrotać pod nosem, jednocześnie starając się nie wpaść w panikę.
- Zrobisz jak zechcesz, ale... Ale to nie jest dobre rozwiązanie. Zaufaj mi, królewiczu. Uwierz, że nie ma innej drogi. Twoje życie i losy Lurii są w niebezpieczeństwie – powiedział wyjątkowo spokojnie Pazur i stanął przed swym panem.
Obaj oddychali bardzo głośno, strugi potu spływały po czole wojownika, a czas zdawał się zatrzymywać. Z powrotem zaczął płynąć dopiero, gdy po chwili, na końcu korytarza, rozległ się trzask pękającego drewna.
- Królewiczu? Oni już nadchodzą... – rzekł spokojnie strateg i spojrzał z troską na młodzieńca.
Tupot nóg stawał się coraz głośniejszy, a Warion wciąż zastanawiał się, co zrobić. Wtedy przypomniał sobie dni, w których trenował z Pazurem. Przywołał w umyśle wspomnienia chwil, w których jego nauczyciel zawsze wygrywał pojedynki szermiercze ze swym podopiecznym, ale po skończonych lekcjach kłaniał się przed nim, jako przed królewiczem, synem króla i następcą tronu Lurii. Warion wiedział już, co budziło w nim lęk. Nie zaufał strategowi aż do chwili, w której wspomniał na pokorę Pazura.
- Zrobię co zechcesz – powiedział cicho i stanął za swym przewodnikiem, który uśmiechnął się porozumiewawczo i odwrócił w stronę hałasów.
Z ciemności korytarza wybiegło trzech zakapturzonych ludzi odzianych w czarne płaszcze. W rękach trzymali włócznie oraz tarcze.
- Straż przyboczna księcia Yika – wyszeptał Pazur i zrzucił pelerynę, która skrywała miecz przypięty do boku wojownika.
Koniec klingi ociekał krwią. Warion domyślił się, że to nie pierwszy pojedynek stratega tej nocy. Trzęsącymi się rękami zdjął pochodnię ze ściany i stanął obok swego nauczyciela. Zakapturzeni ludzie zatrzymali się dopiero na kilka łokci przed królewiczem i Pazurem.
- Rzućcie broń i poddajcie się. Cała twierdza jest przeszukiwana z rozkazu księcia Yika – zakomenderował pewnym głosem stojący w środku.
- Książę Yik podlega władzy jego królewskiej mości – odrzekł spokojnie strateg.
Trójka mężczyzn spojrzała na chłopaka.
- Nie widziałem nigdy królewicza, nie wiem też, czy to naprawdę on. Proszę wybaczyć prostemu żołnierzowi, ale muszę wykonywać rozkazy mego pana. Jeśli rzeczywiście jest to syn króla, książę z pewnością wynagrodzi zabrany czas. Naszym obowiązkiem jest znaleźć mordercę, który grasuje po twierdzy – powiedział dowódca patrolu.
- Morderca został już ukarany – mówiąc te słowa Pazur wskazał na krew spływającą z końca klingi jego miecza – natomiast waszym obowiązkiem, jest służyć królewiczowi.
Mężczyzna milczał. Po chwili skinął na swych towarzyszy i spokojnym krokiem ruszyli w stronę Wariona i stratega.
- Trzymaj się za mną – szepnął obrońca chłopaka i wystąpił jeden krok naprzód.
Nagle żołnierze pchnęli swymi włóczniami w uzbrojonego mężczyznę. Ten szybkim ruchem miecza odbił groty w lewą stronę. Jeden z napastników przewrócił się, a drugi nie utrzymał broni. Dowódca, który wciąż dzierżył drzewiec, ponowił atak. Pchnął jednak za słabo, dlatego grot tylko zarysował płytę kirysu. Strateg skorzystał z chwili, gdy przeciwnik pochylił się do natarcia i zatopił klingę w torsie mężczyzny. W tym czasie drugi żołnierz ruszył na Pazura. Podczas gdy ten wyjmował ostrze z ciała zabitego, atakujący wbił grot w bok przeciwnika. Warion, dotychczas sparaliżowany lękiem, nagle poczuł rozpacz i gniew. Zacisnął dłoń na pochodni i z całej siły rzucił ją w kierunku oprawcy. Trafiony w głowę, upadł na ziemię, a ogień zaczął trawić jego czarny płaszcz. Krzyk bólu przepełnił korytarz. Palący się żołnierz zaczął tarzać się po kamiennych płytach. Pazur skorzystał z okazji i uklęknął na jedno kolano. Chciał wziąć głębszy oddech, ale od razu poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Zacisnął zęby i podniósł głowę, by spojrzeć prosto w oczy trzeciemu z oprawców. Na jego twarzy malowała się złość. Powoli podchodził do swojej ofiary, jak gdyby chciał powiedzieć: „I co teraz, rycerzu?” Warion, pozbawiony broni, widzący grot włóczni napastnika, stracił już nadzieję. Upadł na kolana i opuścił głowę na piersi. Rozstrzygnięcie starcia było już bliskie. Broń zakapturzonego mężczyzny już przecinała powietrze, by zakończyć swoją drogę w ciele stratega, ale ten uchylił się przed niedbałym atakiem i ciął ostrzem po nogach żołnierza. Raniony upadł na podłogę. Warion, ze łzami w oczach, od razu dopadł do niego i zaczął okładać pięściami po głowie. Oszołomiony Pazur chwycił za drzewiec broni tkwiącej w jego wnętrznościach i szybkim ruchem wyciągnął włócznię. Krew polała się na ziemię, tworząc dużą czerwoną plamę. Ból chwilowo zamroczył stratega, ale zacisnął zęby, zdarł kaptur z głowy jednego żołnierza i przycisnął do boku, wstrzymując chwilowo krwotok. Wstał z ziemi, odciągnął chłopaka od nieprzytomnego żołnierza i szepnął:
- Nie czas na zemstę. Idziemy.
W miejscu, w którym jeszcze przed momentem trwała zażarta walka, pozostała ogromna kałuża krwi, dwa ciała żołnierzy księcia Yika oraz palące się zwłoki. Obaj nie odwracali się za siebie, Warion chwycił pod ramię swego obrońcę i ruszyli ku wyjściu z korytarza.
Nagle Pazur zatrzymał się, resztką sił pchnął cegiełkę w ścianie, której fragment przedstawiał ryczącego lwa i upadł na ziemię. Kawałek muru rozpadł się, tworząc wyłom.
- Zejdziesz tymi schodami... Na dole... Przepłyniesz fosę... Uciekaj stąd... – powiedział z trudem strateg.
- A co z tobą? – zapytał zapłakany młodzieniec.
- Ja muszę zostać z moimi ludźmi... Biegnij... – wojownik zaczął pluć krwią.
Na końcu korytarza pojawiło się światełko. Obaj usłyszeli kroki większej ilości żołnierzy. Tym razem zmierzał ku nim cały oddział. Warion rozglądał się nerwowo, szukając jakiejś kryjówki.
- Ja ich zatrzymam – rzekł Pazur i opierając się o miecz wstał na nogi – Idź, panie – gdy zobaczył zawahanie na twarzy chłopaka, dodał - Pozwól mi sięgnąć po chwałę... jakiej szukają żołnierze przez całe życie... A ty pomścij mnie i swego ojca...
- Dziękuję – wyjąkał zalany łzami chłopak i wbiegł do tajemnego przejścia.
***
Od dnia ucieczki minęły trzy dni. Kiedy Warion ocknął się, czuł ból w prawie każdej części ciała. Po chwili otworzył oczy. Leżał w małym namiocie. Okryty trzema skórami, stwierdził, że lepiej nie ruszać się, by nie uciekało ciepło. Ostrożnie wyjął zza pasa sakiewkę i rozwiązał sznureczek, którym była obwiązana. W środku znajdowały się trzy przedmioty. Pierwszym był duży, piękny szmaragd. Drugi to kolejny woreczek, wypełniony bryłkami złota. „Pazur pomyślał o wszystkim” – powiedział w duchu Warion i uśmiechnął się smutno. Trzecia rzecz, to pognieciony papirus. Młodzieniec rozwinął go i zaczął czytać:
„Wasza królewska mość, potomku Wara, Warze II
Piszę ten list, by wyjaśnić powody mojej decyzji. Kiedy będziesz czytał me słowa, panie, będę już daleko. Znam reakcję Waszej Królewskiej Mości na wieści, zawarte w tym dokumencie.
Zaraz po rozmowie, poszedłem do swej kwatery. Musiałem zmyć z siebie trudy podróży. Właśnie wtedy podjąłem decyzję. Nie będę już służył w szeregach armii Lurii. Od pierwszego dnia rządów Waszej Królewskiej Mości żyłem w rozterce. Mogłem pozostać wierny przysiędze i wciąż nosić złote pióra lub pozostać wierny służbie ludziom i porzucić stanowisko, które wymagało ode mnie mordowania bezbronnych kobiet i dzieci. Cały czas wierzyłem, że szkoląc następcę tronu, mogę zmienić bieg historii, że pewnego dnia on zasiądzie na tronie, nie po to, by wywoływać wojny, ale po to, by wprowadzić pokój. Nie wytrzymałem, kiedy Wasza Królewska Mość nie przejęła się losem pięciuset ginących dla Twej chwały na polu bitwy. Honor władcy jest ważny, ale nie jest najważniejszą wartością.
Proszę wybaczyć moje słowa, ale one wyrażają powód, dla którego porzucam służbę. W Lurii wciąż żyje legenda Leliasa III Prawego i Białej Gwardii. Wskrzeszę jej ducha, nawet jeśli będzie to oznaczać, iż stanę się wrogiem Waszej Królewskiej Mości. Staram się też być człowiekiem honoru. Uciekając, wolę stracić honor stratega, a wstępując w szeregi Białej Gwardii, zyskać honor Luriończyka”
Dalszą część tekstu przesłoniła czarna plama. Na samym dole papirusu widniały cztery, niedbale zapisane zdania.
„Chciałem nieść ten list do króla, ale usłyszałem rozmowę książęcych strażników stojących przed drzwiami mojej kwatery. Warowie zawiązali spisek i zamordowali Twego ojca. Miej nadzieję na lepsze dni, bo w Tobie nadzieja Lurii. Postanowiłem, że musimy uciekać.”
Warionowi zrobiło się gorąco. Ciemne plamy pojawiły się przed jego oczami. Pomimo tego, że leżał, stracił przytomność. Obudził się dopiero następnego dnia.
- Jak masz na imię? Słyszysz mnie?
Warion otworzył oczy, by zobaczyć nad sobą smukłą twarz. Jej właścicielką była kobieta o nadzwyczaj dużych, skośnych, zielonych oczach. Miała zgrabny nos i kształtne usta. Gładka cera w zestawieniu z siwymi włosami nadawała jej oryginalnego wyglądu. Ze spiczastych smukłych uszu zwisały kolczyki wykonane ze srebra. Nieznajoma ubrana była w szarozielony płaszcz.
- Tak... Kim jesteś, o pani? – wyjąkał zaskoczony młodzieniec.
- Pytasz o uszy i oczy czy o imię? – uśmiechnęła się kobieta.
- No, sam nie wiem – odpowiedział zmieszany chłopak.
- Jestem półelfem. Możesz nazywać mnie Epohią. Co do ciebie, to wciąż nie wiem, jak ty masz na imię.
- Zwą mnie Warion, syn... syn... Nie wiem już sam, kto jest moim ojcem – rzekł smutno młodzieniec.
- Rozweselisz się na pewno w karczmie. Zmierzałam w tamtą stronę, kiedy znalazłam cię. Później rozdzielimy się, niestety nie mogę zabrać ciebie dalej – powiedziała ze współczuciem w głosie kobieta i wyszła z namiotu.
Chłopak odrzucił skóry i usiadł. Sprawdził, czy nadal ma przy sobie sakiewkę. „Dziewczyna jest bardzo uczciwa” – pomyślał, gdy znalazł wszystko na swoim miejscu.
- Przepraszam, ale nie mam się w co ubrać! – krzyknął przyzwyczajony do obsługiwania go królewicz.
- Weź to, co znajdziesz w namiocie – odpowiedziała zdecydowanie ciszej Epohia.
„Świetnie” – pomyślał zdenerwowany młodzieniec i zaczął rozglądać się za czymś, co pasowałoby na niego. Nie zwrócił wcześniej uwagi na ponadprzeciętną ilość garderoby rozrzuconej na posłaniu, ale na słaby materiał namiotu, a właściwie dwóch kijów, kilku sznurków i dużej stęchłej od wilgoci szmaty, przez którą przebijało światło promieni słonecznych. Wreszcie Warion znalazł coś, co pasowało na jego nieduże rozmiary. Nie znał się zbytnio na modzie. W Starej Twierdzy dbano o jego znajomość stylów walki poszczególnych ras, jednostek wojskowych, uczono go jak walczyć, co oznacza słowo „rządzić”, ale ubrania dobierały mu wyższe rangą służące. Kamizela i szaty, jakie założył, były wykonane ze zdecydowanie gorszego materiału niż te, jakie nosił na zamku, ale cieszył się, że nie będzie musiał paradować w samej tunice. „Nareszcie mogę uciec od tego smrodu” – pomyślał i wyszedł na zewnątrz. Rozejrzał się dookoła i zauważył, że znajduje się w lesie iglastym. Na środku polany dopalało się małe ognisko, a nieopodal rosły brązowy koń skubał świeżą trawę. Chłopak już miał podejść do niego, by lepiej przyjrzeć się zwierzęciu, ale usłyszał piskliwy śmiech za jego plecami. Zmieszany odwrócił się. O drzewo, rosnące za namiotem, opierała się Epohia i ledwie łapała powietrze.
- Co wprawiło cię w tak dobry nastrój, pani? – zapytał młodzieniec, ale kiedy dziewczyna nie odpowiedziała, zdenerwowany powtórzył jeszcze raz – Pytałem, co cię tak śmieszy!
- Spójrz na siebie... – tylko tyle dała radę powiedzieć, śmiech obezwładnił jej ciało.
Warion spojrzał na swój ubiór. Na stopach nosił wiejskie buty do pracy w polu. Założył też białą damską halkę. Czarna pocerowana kamizela eksponowała jego prawie pozbawione mięśni, chude ręce. Dla ozdoby, we włosy wpiął pióro kurczaka, które znalazł w torbie z pierzem. Chłopak nadal nie wiedział, co jest nie tak z jego wizerunkiem, dlatego zapytał:
- I jak?
Godzinę później, po zjedzeniu śniadania, obozowisko było już zwinięte. Okazało się również, że koń jest ogierem, którego nazwano Dziki, ponieważ rzadko stał w miejscu spokojnie. Podążając leśnym słonecznym gościńcem, niosąc ciężkie bagaże, uległ swej pani i dał się prowadzić za lejce. Przebrany w chodaki, proste chłopskie nogawice oraz białą koszulę, Warion szedł obok półelfa i zwierzęcia słuchając śpiewu kobiety. Kiedy Epohia skończyła kolejny utwór, zaczął z nią rozmowę.
- Przepraszam, że ci przerwę, ale nurtuje mnie parę spraw, pani. Pozwól, że zadam następujące pytania.
- Jasne, nie ma sprawy. Aha, traktuj mnie jak... jak siostrę. Żadna ze mnie „pani”.
- No dobrze – powiedział zaskoczony śmiałością kobiety Warion - Mam parę pytań. Pierwsze: gdzie mnie znalazłaś i dlaczego zaopiekowałaś się mną?
- Znalazłam cię na skraju lasu. Cały mokry, dosłownie przemoczony do suchej nitki. Pierwsza myśl, jaka przeszła mi przez głowę, to stwierdzenie, że lubisz wino i pocisz się, kiedy biegasz, ale w promieniu kilkunastu stai nie było żadnej karczmy, a ty leżałeś w samej tunice bez bukłaka w dłoni. Musisz wiedzieć, że elfy mają świetny wzrok. Lepszy niż ludzie w dzień, a noc nie zmniejsza ich dalekowzroczności. Zauważyłam oddziały Luriończyków przeszukujące łąki przyległe do fosy. Wtedy zrozumiałam, co się stało. Z trudem wrzuciłam cię na konia i uciekłam w głąb lasu. Rozpaliłam ognisko, położyłam cię do namiotu i opiekowałam się tobą przez prawie tydzień. Byłeś ciągle nieprzytomny. Korzystałam z okazji, gdy męczyły cię jakieś koszmary, bo wtedy przez chwilę odzyskiwałeś świadomość i mogłam cię napoić. Miałeś wysoką gorączkę. Cud, że przeżyłeś – zamyśliła się kobieta.
- No tak, ale wciąż nie wiem, dlaczego mnie uratowałaś – dociekał młodzieniec.
- Bo szukali cię żołnierze. To wszystko. Więcej nie powiem.
- Kłamiesz. Masz w tej chwili powiedzieć, dlaczego nie zostawiłaś mnie żołnierzom! – krzyknął Warion.
- Nie ty dyktujesz warunki, a tam skąd pochodzisz chyba szybko zapomina się o wdzięczności i pokorze wobec dobrodziejów – rzekła stanowczo Epohia.
Chłopak zacisnął zęby i w milczeniu kontynuował marsz. Przypomniał sobie treść listu.
„Co miał na myśli Pazur mówiąc, że służba wymaga od niego czynów niegodnych? Kim właściwie był mój ojciec, kim jest Lelias Prawy i co to jest Biała Gwardia?” Podobne myśli krążyły po głowie młodego Luriończyka. W końcu okazało się, że na żadne z nich nie zna odpowiedzi. Zmęczony rozmyślaniami, zapomniał o kłótni z dziewczyną i odezwał się, jak gdyby nic wcześniej się nie stało:
- Skąd ty masz tyle ubrań?
- Jeśli to próba załagodzenia sytuacji, to bardzo żałosna – odparła sucho Epohia.
- Nie, pytałem naprawdę – odrzekł niespokojnie młodzieniec.
- Widzę, że nie wiesz co się mówi, kiedy popełnisz błąd.
- Mam cię przeprosić?! – zapytał z niedowierzaniem Warion.
- Nie musisz. Przepraszam, nie zauważyłam, że mam do czynienia z królewiczem – powiedziała kobieta.
- Nie możesz po prostu mi odpowiedzieć?! – krzyknął chłopak.
- Jestem krawcową, królewiczu.
- Nie drwij ze mnie, nie nazywaj mnie królewiczem i nie rób ze mnie głupka. Krawcowa na potężnym wierzchowcu, pałętająca się w środku lasu... Dobra wymówka... – powiedział zupełnie spokojnie Warion.
Zmiana tonu rozmowy spowodowana była uwagą Epohii. Uświadomiła młodzieńcowi, że nie znajduje się już w Starej Twierdzy. Z kolei kobieta, zaskoczona bystrością umysłu chłopaka, zamilkła. Oboje maszerowali w milczeniu rozmyślając nad własnymi sprawami. Około południa zboczyli z gościńca, by rozpalić ognisko na obiad. Suszone mięso, placki i gotowana woda nie były szczytem marzeń głodnego królewicza, ale nie śmiał zwrócić półelfowi uwagi na ten temat. Zastanawiał się, dlaczego Epohia wciąż chce z nim podróżować. Dopił wywar z ziół i przełamał się.
- Słuchaj, przepraszam, za to co mówiłem – rzekł cicho.
- Nie ma sprawy. Zapomnijmy o wszystkim – odpowiedziała wesoło kobieta.
- Możesz odpowiedzieć na jedno pytanie? – zapytał śmielej młodzieniec.
- Pewnie.
- Dlaczego znosisz te wszystkie moje kaprysy?
- Na oblepione ptasim łajnem konary drzew, gdzieś ty się chował? To normalny ludzki odruch. Widzę jakiegoś żebraka, to wrzucam mu bryłkę srebra. Słyszę, że dziecko płacze, to pocieszam je. Dowiaduję się, że ludzie króla znowu kogoś skrzywdzili, to pędzę tam, by pomóc płaczącym kobietom i rannym mężom. Trzeba sobie pomagać. Ty pewnie zrobiłbyś to samo.
Warion znowu zaczął rozmyślać. Taki system wartości prezentował tylko jeden człowiek postawiony na jego drodze życia. Dawno już zapomniał o jego naukach. W dodatku dowiedział się czegoś nowego o sposobie rządzenia jego ojca i wcale nie poprawiło mu to humoru. Gdy oboje skończyli posiłek, zagasili ognisko i spakowali naczynia. Ruszyli w dalszą drogę. Z upływem czasu wesoła Epohia pozwoliła zapomnieć strapionemu Warionowi o historii jego życia, śpiewając śmieszne piosenki. Miała piękny głos, a teksty utworów budziły szczere rozbawienie w obu duszach. Tak minęła im droga do karczmy, w której...
***
- Piwa! – ryknął ogromny mężczyzna.
Mierzył dziesięć stóp. Miał czarne, kręcone, krótko ścięte włosy, niskie czoło, krzaczaste brwi, ciemne oczy, gruby nos, wydatne wargi i pulchne policzki. Niechlujny krótki zarost i odstające uszy wcale nie poprawiały jego wizerunku. Potężne barki przesłaniała niedźwiedzia skóra. Na plecach nosił oburęczny miecz. Przepasał się prostym sznurem. Na nogi założył szerokie spodnie z lnu, a na stopy buty wykonane z małych, precyzyjnie zszytych ze sobą futer. Zdecydowanie nie pasował do otoczenia, w jakim się znajdował. Gęsty dym, wydobywający się z pochodni, lamp i fajek palonych przez bawiących się w karczmie pod „Smokiem”, przesłaniał powietrze. Piwo i wino lało się strumieniami, a dźwięk tłuczonej porcelany co chwilę zagłuszał niemelodyjne pomrukiwania pieśniarza. Gwar, śmiech, pogróżki pijanych i rozmowy o zeszłorocznych plonach ustały, gdy potężnie zbudowany mężczyzna krzyknął. Słaby głos głuchego śpiewaka wciąż nie pozwalał całkowitej ciszy zadomowić się w karczmie. Artysta myślał, że ludzie po wielu latach lekceważenia jego talentu wreszcie zrozumieli, kto stoi przed nimi. Zmobilizowany zawył tak głośno, że jeden z biesiadników nie wytrzymał i rzucił w niego kuflem pełnym piwa. Pijany pieśniarz padł na ziemię i zasnął, mamrocząc pod nosem:
- Kto śmiał mnie... śmiał mnie... mnie...
Nikt jednak nie zwracał na niego już uwagi. Wszystkie pary oczu skierowane były ku nieznajomemu. Gospodarz karczmy drżącymi rękoma nalał trunek z beczki do półlitrowego kufla i podał go ogromnemu mężczyźnie.
- Dziękuję – odparł zdecydowanie ciszej gość i odstawił natychmiast puste naczynie.
- Nieźle pan, nieźle pan pije... – nieśmiało skomentował łyk wzięty przez olbrzyma.
- Dziękuję – powtórzył obcy.
Powoli ludzi przestały interesować wychylone kufle przybysza. Większość zajęła się swoimi sprawami, paląc fajki, pijąc trunki i rozmawiając. Nikt nie zauważył, gdy do środka wszedł bardzo prosto ubrany młodzieniec z zakapturzoną kobietą.
- Przenocujemy tu, a rano każdy pójdzie w swoją stronę. Żałuję, ale nie mogę zabrać cię ze sobą w dalszą podróż – rzekła Epohia.
- I tak zrobiłaś dla mnie mnóstwo dobrego – uśmiechnął się smutno Warion.
- Tymczasem bawmy się – przerwała niezręczną przerwę w rozmowie kobieta i podeszła do lady, za którą stał gospodarz.
Chłopak niezgrabnie przecisnął się przez ciasno poustawiane stoliki i stanął obok półelfa. Już mieli zamawiać coś do jedzenia i picia, ale zagłuszył ich krzyk olbrzyma stojącego za trzema stolikami.
- Wypijmy za jedynego króla!
Tym razem wszyscy bez wyjątku uciszyli się. Gospodarz wybiegł z karczmy, a Epohia szepnęła prawie niedosłyszalnie:
- Gord...
- Nie podoba nam się twoje zachowanie, przybyszu – przerwał ciszę jakiś starzec – żyjemy w spokoju i ten spokój chcemy zachować. Przemyśl swoje zachowanie – dokończył surowo.
- Żadnego spokoju, póki Lurią rządzi tyran i uzurpator – odpowiedział bezbarwnym głosem olbrzym.
- Ostrzegamy cię. Daj żyć naszym kobietom i dzieciom z dala od wojen, a zapomnimy o twoich słowach – kontynuował starzec.
- Wasi bracia giną za Lurię, bo uzurpator pragnie za wszelką cenę złota. Prawdziwy król cały czas żyje! – kontynuował obcy.
- Mieszkańcy Leśnej Wioski nie chcą żadnego króla! – uniósł się w złości przywódca chłopów.
- Czego oni się boją? – szepnął Warion.
- Boją się zdrajców. Jeśli ktokolwiek doniesie Warowi II, że ktoś mówi przeciwko niemu, cała wioska może zostać spalona. Wolą żyć w strachu niż w prawdzie – odrzekła cicho Epohia.
„Oni chyba jeszcze nie wiedzą, że mój ojciec nie żyje. Nie chce mi się wierzyć, że robił tyle złego. Zbyt dużo jednak nasłuchałem się w ostatnim czasie, by nie dawać wiary słowom prostych ludzi. Jak bardzo różni się mój świat od tego, który widzę tutaj...” – myślał młodzieniec, ale zaraz zwrócił uwagę na kłócących się.
- Zamilcz! – wrzasnął starzec opluwając swoją czerwoną ze złości twarz.
- Po moim trupie! – odkrzyknął olbrzym i rozstawił szerzej nogi.
Czujnie badał obecnych w karczmie. Widział poruszenie przy stolikach. Dwudziestu mężczyzn znacząco spoglądało na siebie. W powietrzu wisiała awantura.
- W takim razie, zamilczysz po własnej śmierci – powiedział złowieszczo starzec, po czym krzyknął – Zabić buntownika!
Mężczyźni zerwali się z krzeseł, by rozpocząć bójkę. Olbrzym porwał z ziemi krzesła i rzucił nimi w dwóch znajdujących się najbliżej niego napastników. Epohia odrzuciła płaszcz ukazując skórzane buty, luźne czarne spodnie z jedwabiu oraz szarą koszulę. Za grubym pasem tkwiły dwa długie sztylety. Półelfa dobyła broni i rzuciła je w kierunku chłopów. Trafiła w kaptur jednego z napastników przygważdżając go do belki dachu. Drugi sztylet utkwił w ramieniu starca, który upadł na ziemię i złapał się za krwawiącą ranę.
- Gord! Nie zrób im krzywdy! – krzyknęła i podłożyła nogę kolejnemu mężczyźnie.
Warion schował się za ladą i starał się zachować zimną krew. W tym czasie olbrzym podniósł stojący obok niego, stolik i rzucił z ogromnym impetem w trzech biegnących w jego stronę. Dwunastu napastników stanęło, jeden obok drugiego, dookoła Gorda. Przybysz, bez chwili zastanowienia, doskoczył do najbliższego i pięścią wymierzył mu potężne uderzenie w głowę. Trafiony przekoziołkował w powietrzu i runął z łoskotem na ladę. Pozostałych jedenastu, jak na umówiony sygnał, z wrzaskiem rzuciło się na olbrzyma. Odpychani, doskakiwali do niego z jeszcze większą złością. Gryźli, kopali, starali się zadać jak największy ból.
- Odpowiem na każde twoje pytanie, jeśli mi teraz pomożesz – rzekła Epohia i spojrzała z troską w oczach na Wariona.
Młodzieniec kiwnął głową na znak, że rozumie i wstał z ziemi. Razem z półelfem ruszył ku bijącym się. Chwycił za szmaty jednego z oprawców i rzucił go na ziemię. Epohia kopnęła z całej siły w plecy kolejnego. Starali się odciążyć Gorda, który wyraźnie słabł. Kiedy jednak pokonani wstawali, by pomóc tym, którzy obkładali pięściami olbrzyma, szanse na zwycięstwo wydawały się niknąć. W końcu wojownik wyjął oburęczny miecz. Trzymając go w jednej ręce, machał nim w powietrzu, demonstrując swoją siłę. Napastnicy od razu rozbiegli się po kątach karczmy. Epohia i Warion przywarli do jego pleców obserwując, czy ktoś nie próbuje tanich sztuczek.
- A teraz... spokojnie... wyjdziemy... Luriończycy... – wysapała kobieta i pociągnęła za skórę Gorda.
Gdy trójka walczących opuściła karczmę Epohia zakomenderowała:
- Uciekniemy w las. Warion, bierz Dzikusa!
Chłopak drżącymi rękami odwiązał lejce od kołka, stojącego przed budynkiem i posłusznie wskoczył na wierzchowca. Półelf ruszyła między drzewa. W tym czasie olbrzym wyrwał kawałek drewna, do którego wiązano konie i podstawił go pod drzwi w taki sposób, by zablokować je. Następnie schował miecz i ruszył za Epohią. Warion musiał uspokoić zdenerwowanego konia. Krew pulsowała młodzieńcowi w żyłach. Wiedział, że nie dorówna w biegu swoim towarzyszom, a zwierzę nie ułatwiało mu ucieczki.
Nagle rozległo się potężne uderzenie. Chłopi próbowali wydostać się na zewnątrz. Wtedy wystraszony Dzikus ruszył z kopyta za swoją panią. Księżyc oświetlał słabiej zalesione miejsca. Wiatr rozwiał włos uciekinierom. Słyszeli tylko własne oddechy pomimo tego, że głuche stąpnięcia wierzchowca i krzyki szalonych chłopów rozlegały się w promieniu kilkuset łokci. Powoli gubili pościg. Epohia świetnie dobierała drogę ucieczki. Wiedziała, którędy prowadzić swoich towarzyszy. W końcu krzyki ucichły, a uciekinierzy zmęczyli się. Półelf oparła się o drzewo, ledwie łapiąc powietrze do płuc. Gord padł na wznak. Jego ogromne plecy nieregularnie falowały. Warion zsiadł z konia i usiadł na ziemi. Nogi miał jak z waty, a w dodatku kręciło mu się w głowie. Odpoczywali w ten sposób prawie pół godziny.
- W nocy zwykli ludzie nie wypuszczają się w las. Odejdźmy jeszcze parę stai w głąb i rozbijmy obóz – rzekła Epohia – Zimno mi. Warion, podaj mi zapasowy płaszcz z juk.
Chłopak otworzył jedną z toreb, zawieszonych na grzbiecie konia i wyjął z niej okrycie. Podał je półelfowi i zapytał:
- Teraz powiesz mi całą prawdę?
- Tak, ale chodźmy. Możesz Gord?
- Tak, dam radę – rzekł wojownik i wstał z ziemi.
Cała trójka ruszyła w głąb lasu, a Epohia zaczęła swoją opowieść:
Pięć lat temu na tronie Lurii zasiadał Lelias III Prawy, syn Lajasa z dynastii Lajów. W rządzeniu krajem pomagali im Warowie, potomkowie pierwszego władcy krainy ludzi. Były to czasy opływające w mleko i miód. Północną granicę stanowiły przepiękne wzgórza i niziny, uważane za podnóża niebezpiecznych Gór Olbrzymich. Podobno w ich wnętrzu znajdują się największe złoża złota i drogocennych kamieni. Nie zajmowane przez żaden lepiej zorganizowany lud, drogi do skarbów łańcuchów górskich zostały podbite. Król stworzył tam Północne Księstwo. Jego mieszkańcy z początku buntowali się przeciw nowemu zwierzchnikowi, ale gdy zobaczyli, że Lelias III uwolnił od bandytów trakty handlowe, pobudował grody i sam kilkakrotnie nawiedził tamte ziemie, uznali, że jest on dobrym władcą. Później ziemie te król oddał w opiekę zasłużonym dla Lurii Warom. Oni cały swój dobytek poświęcili dla dobra ich nowych włości. Stara Twierdza, czyli stolica Nowej Ziemi, centralnej prowincji krainy ludzi, wciąż pozostawała pod władzą Leliasa. Od wschodu Mała Rzeka, mająca swoje źródło w Górach Olbrzymich, odcinała ludzi od Dzikiego Lasu, domu elfów. Z czasem jednak król zauważył, że nie jest to opuszczona kraina. Zainteresował się możliwością prowadzenia handlu zarówno z sąsiadami zza północnej jak i zza wschodniej granicy. Olbrzymy sprzedawały złoto i drogie kamienie, a ludzie wszystko inne, gdyż w górach nie było prawie niczego oprócz skarbów. Elfy natomiast dzieliły się specjalnymi gatunkami roślin i drzew w zamian za różne metale i inne surowce trudno dostępne w lesie. Zachodnia granica pozostawała nienaruszona. Na wschód od wielkiej rzeki powstały dwa księstwa: Warskie i Lajskie. To pierwsze podlegało Północnemu i graniczyło z nim. Księstwo Lajskie, tak jak i Południowe, bezpośrednio podlegało władzy króla. Morze ograniczało ekspansję terytorialną w tamtym kierunku. To jest właśnie Luria, w całej swej okazałości. W końcu Warowie dowiedzieli się o dochodach, jakie płynęły z handlu. Próbowali wymusić na królu, aby ten wypowiedział wojnę elfom i olbrzymom. Lelias wiedział jednak, że armia złożona jest z mężczyzn, a ci potrzebni byli w polu. Ogromne państwo potrzebowało rąk do pracy i wykorzystania jego potencjału, a nie wyniszczającej wojny. Nie zgodził się i srogo za to zapłacił. Gdy wyjechał ze Starej Twierdzy na polowanie, urządzone na jego cześć przez Warów, przeprowadzono zamach na jego życie. Wtedy uratowałam go tak, jak i ciebie, później pokochałam jak rodzica, a on mnie jak córkę. Jest między nami duża różnica wiekowa, ale mimo to pomógł zaakceptować mi fakt, że moją matką była ludzka kobieta, a ojcem elf. Tak naprawdę byłam myśliwą. Radzę sobie lepiej z bestiami, niż rycerze ze zwierzętami, ale z uwagi na moją odmienność, nie wychodzę z lasu. Wymieniam tylko oprawione skóry i suszone mięso na to, czego nie mogę zdobyć sama. Te ubrania miałam właśnie zawieźć do chaty, w której mieszkam. Z czasem Lelias zaczął polować ze mną, później wychodził do ludzi. Powoli godził się z myślą, że do końca życia pozostanie prostym drwalem, choć narodził się w królewskim zamku. Wszystko zmieniło się, gdy spalono zaprzyjaźnioną mu wioskę. Garstka przyjaciół, jaką posiadał, została wymordowana, a ich rodziny wzięte do niewoli. Niewielu znało prawdziwą przeszłość króla, ale to wystarczyło, by tylko jeden zdradził. Uzurpator War II, który zasiadał na tronie, wynagrodził go sowicie. Oddał mu Południowe Księstwo. Przyjaciele jedynego i prawdziwego króla zawiśli na stryczkach. Nowy władca wymordował również karły zamieszkujące Bagna Wielkiej Rzeki, narzucił zwierzchnictwo Dzikiemu Lasowi, którego nigdy nie opanuje, a teraz siłuje się z olbrzymami, braćmi Gorda. Luriończycy mają dosyć wylewania krwi, ale czują również ogromny strach przed tyranią nowego władcy. Lelias nie mógł patrzeć na ból swoich poddanych. Postanowił, że poświęci życie służbie Lurii. Elfy i olbrzymy mają interes w przywróceniu go na tron, dlatego w Dzikim Lesie tworzone są oddziały powstańców. Tam tylko elfy mają władzę. Czekamy, by uderzyć we właściwym momencie.
Słońce skryło się za chmurami, a lekki wietrzyk i dogasające ognisko potęgowały uczucie chłodu, jakie ogarnęło ciała trójki towarzyszy. Ptaki obojętnie traktowały pogodę i zajęły się wykonywaniem swych porannych pieśni. Epohia wstała z ziemi, odrzucając koc i przeciągnęła się. Do juk schowała skórę, na której spędziła noc i zajęła się rozpalaniem ognia. W tym czasie obudził się Gord. Teraz dopiero poczuł ból, jaki był efektem wczorajszej bijatyki. Usiadł pod drzewem i zaczął powoli rozmasowywać obolałe ciało.
- Pobudka chłopcze – rzucił przez ramię w stronę Wariona.
Młodzieniec naciągnął na siebie koc i zwinął się w kulkę.
- Wstawaj! – ryknął olbrzym.
Ptaki z pobliskich drzew odleciały jak najdalej od źródła hałasu. Chłopak zerwał się z posłania na równe nogi.
- Czego się boisz? Masz po prostu wstać – powiedział Gord.
- Nie jest przyzwyczajony do normalnego traktowania – wytłumaczyła Epohia, odwracając się w stronę towarzyszy – W ogóle, to chyba powinniście się zapoznać. Skoro już wiesz tak wiele, to opowiedz nam o swojej przeszłości, Warion.
Chłopak przełknął ślinę i czekał z nadzieją, że olbrzym zacznie mówić pierwszy.
- Jestem Gord, najsilniejszy z najsilniejszych w Lurii. Zajmuję się namawianiem chłopów do buntu, co nie idzie mi najlepiej... Kocham też piwo i moją Grishnę, ale ona mieszka daleko. Niecały rok temu razem z Epohią polowałem na rycerzy z północy, gdy ci napadali na moich braci. Jak cię zwą, bo zapomniałem?
- Warion, na imię mi Warion – mówił drżącym głosem młodzieniec – To co wam teraz powiem, pewnie was zaskoczy. Dobrze, słuchajcie.
Olbrzym i półelf z zaciekawieniem spojrzeli na chłopaka.
- Wczoraj wszystko mi wyjaśniliście... – Warion zaczął płakać.
- Ty, co on bredzi? – bąknął olbrzym.
- Pewnie zaraz powie – odpowiedziała spokojnie Epohia.
- Jestem Warion, syn zamordowanego przez własnych braci uzurpatora, Wara II z dynastii Warów. Mimo wszystko wciąż wspominam ze czcią mego ojca, bo był moim ojcem – teraz łzy ciekły już jedna za drugą po policzkach chłopaka - Nie chcę być taki, jaki był mój ojciec. Widzę jego błędy...
Epohia podeszła do niego i objęła go ramieniem, a Gord spuścił wzrok, by nie musieć patrzeć na Wariona. Po chwili młodzieniec otarł nos i rzekł:
- Niestety Luria pogrąży się w jeszcze większym chaosie niż przedtem. Nie możemy użyć wojsk mojego ojca, większość została wysłana na północ, a pozostałe oddziały pewnie zdradziły.
- Królewicz wraca do życia – mrugnęła do niego Epohia i usiadła na ziemi – Najważniejsze, że chcesz służyć słusznej sprawie. No, a nowiny, jakie przynosisz są bardzo dobre.
- Tak, chyba nadszedł dzień sądu – zaśmiał się radośnie olbrzym i wstał. Wyjął miecz i machnął nim w powietrze kilkakrotnie.
- Zaraz po śniadaniu wyruszę do króla. Musisz tylko opisać nam, jakie siły może mieć nieprzyjaciel. Teraz walczymy przeciw książętom, których armii nigdy nie widzieliśmy – rzekła Epohia.
Cała trójka wzięła się za przygotowywanie śniadania. Gord wziął bukłak z winem i poszedł w głąb lasu, by nazbierać trochę chrustu. Warion wypakował jedzenie z juk Dzikusa, a półelf wzięła się za rozpalanie ogniska. Wszyscy z ochotą wykonywali swoje zadania, dlatego posiłek był gotowy po pół godzinie. Towarzysze usiedli dookoła paleniska i zaczęli rozmawiać o siłach książąt.
- Z narad wojennych, na których byłem częstym gościem, zapamiętałem, że Południowe Księstwo jest w stanie wystawić około tysiąca ciężkiej i dwóch tysięcy lekkiej piechoty. Waria i Lajia stoją pod znakiem zapytania. Nie wiadomo czy rodowita ziemia Leliasa opowie się po jego stronie, a dom Warów nigdy nie brał udziału w większej wojnie poza rzezią karłów. Nie mogę ocenić ich siły, ale nie spodziewajmy się, że jest znacząca. Północ posiada najbardziej rozwiniętą armię. Potrafią strzelać z kusz, które w innych zakątkach Lurii są nowością. Zagrabili wszystkie księgi mieszkańców Bagien Wielkiej Rzeki, a to właśnie one zawierały zapiski bardzo zaawansowanych odkryć. Katapulty zastępują blidami i balistami, a jazdę zastępują rycerze. Dzięki zapasom, z lat handlu i pokoju, mogą realizować większość ze swych przedsięwzięć. Na szczęście nie są liczni, gdyż potyczki z olbrzymami zdziesiątkowały ich oddziały. Siedmiuset konnych, więcej nie wystawią – opowiedział chłopak.
- Lajia powinna przyłączyć się do prawowitego króla. Południe, Waria, Północ i Nowa Ziemia to pewni przeciwnicy – stwierdziła Epohia.
- Skąd to wiesz? – zapytał Warion.
- Nasi ludzie są wszędzie – zaśmiał się Gord i wychylił zawartość bukłaka.
- Zróbmy tak. Wyślę gońców do Księstwa Lajskiego, a sama udam się do Dzikiego Lasu. Za siedem tygodni powinniśmy stanąć pod Starą Twierdzą. Wy mobilizujcie pobliskich mieszkańców, bo przyda się każda para rąk, potrafiąca trzymać broń. Może być? – mówiła skupiona Epohia.
- No to do roboty! – krzyknął wesoły olbrzym i przewrócił się na plecy.
Chłopak i półelf ze śmiechem zabrali się za likwidowanie obozowiska. Spakowali wszystko do juk Dzikusa i zamaskowali teren, a gdy byli już gotowi do drogi, obudzili pijanego Gorda. Epohia, upewniwszy się, że olbrzym siedzi, wskoczyła na wierzchowca i zostawiła ostatnie wskazówki chłopakowi:
- To dobry wojownik, ale chowaj przed nim trunek. Pilnuj, żeby nie zlinczowano go w karczmach, a sam pamiętaj, że idziecie tam po to, by przekonać chłopów. Drogę do leśniczówki wyznaczają dęby. Szukaj ich uważnie, bo im więcej dębów, tym bliżej kryjówki. Dacie sobie radę, liczę na was – mrugnęła na pożegnanie i popędziła konia.
Mężczyźni opatulili się kocami i powolnym krokiem ruszyli w do swojego nowego domu.
Kolejne siedem tygodni Warion i Gord spędzili w leśniczówce. Była to mała drewniana chatka, postawiona pośrodku dębowego zagajnika. Wydawało się to bardzo dziwne, gdyż prawie cały las był iglasty. Zaskoczenie przestało być tematem rozmów już kolejnego dnia. Gdy olbrzym pozbył się bólu głowy związanego z piciem wina, zaczął opatrywać swoje siniaki i zadrapania nabyte podczas ucieczki. Chłopakowi polecił zmagazynowanie drewna, aby było czym palić w chłodne noce. Jedli zazwyczaj to, co znaleźli w spiżarni. Były to przetwory z owoców lasu, konfitury, suszone mięso i grzyby oraz trochę słabego trunku, którego wydzielaniem zajmował się młodzieniec. Gord stwierdził, że „takie wino” nie jest godne spożywania, ale przy kolacji zawsze szukał go w spiżarni. Warion zgodnie z poleceniem Epohii chował je, a każdego następnego dnia udawał, że znajdował nowe butelki. Po tygodniu udali się do pobliskiej wsi, by zacząć realizować swoje zadanie. Nie był to jednak najlepszy pomysł. Z trudem uszli z tej przygody bez uszczerbku na zdrowiu, a karczma, w której przemawiał Gord, została całkowicie spalona. Warion stwierdził, że tak być nie może. W przebraniu chłopa dostał się do domu gospodarza i oddał mu w ramach rekompensaty całe złoto, jakie otrzymał od Pazura. Zostawił sobie tylko szmaragdy, które przypominały mu nauczyciela. Uradowany karczmarz wkrótce po tym zdarzeniu wyjechał na południe i założył własne winiarnie. Trzy dni później Gord i Warion wybrali się do miasteczka Psowie, które słynęło z tresury najlepszych psów myśliwskich w Lurii. Kiedy sytuacja była krytyczna, a olbrzym już miał krzyknąć na spanikowanego szewca, młodzieniec wkroczył do akcji:
- Zaraz, chwila... – próbował uciszyć szmery, aż wreszcie krzyknął - Posłuchajcie! Nie chcę żadnej bójki! Opowiem wam historię, dzięki której poprawią wam się humory i znowu wrócimy do zabawy – był bardzo zdecydowany, dlatego prosty lud zwrócił swoją uwagę ku niemu – Dawno, dawno temu, daleko stąd, mieszkali sobie trzej bracia, którzy byli drwalami. Każdego poranka ścinali ogromne dęby i sprzedawali królowi. Stali się tak bogaci, że zbudowali dwie nowe leśniczówki i każdy zarabiał na siebie. Nadeszła jesień, a oni wciąż bogacili się. Niestety, zima, która zbliżała się wielkimi krokami, oznaczała, że wilki połączą się w stada. Najstarszy z braci powiedział do dwóch pozostałych: „Musimy przestać rąbać, a skupić się na przetrwaniu. Mamy dosyć złota, lepiej na czas śnieżyc schowajmy się u jednego z nas. W nocy ktoś będzie czuwał, a w dzień będziemy chodzić parami, by zwierzęta nie zrobiły nam krzywdy”. Najmłodszy zgodził się z najstarszym i zamieszkał z nim. Średni śmiał się z nich, gdyż żył w wygodzie, a swoimi zyskami nie musiał się z nikim dzielić. Z pierwszymi chmurami niosącymi śnieg nadeszła wataha wilków. Dwaj bracia z trudem przeżyli atak zwierząt, ale jeden z nich czuwał w nocy i zabarykadował drzwi. W tym czasie średni spał na swoim złocie. Wilki zaskoczyły i zjadły go – cisza zapanowała w karczmie, ale Warion zaraz przerwał ją ironicznym okrzykiem – Czekajmy spokojnie, aż zjedzą naszych braci. Teraz jedzmy i pijmy, póki możemy!
Od razu po swej przemowie razem z Gordem wyszedł z karczmy. Odwrócił się jednak, bo usłyszał za sobą jakiś gwar. To chłopi i mieszczanie wyszli na zewnątrz, by zorganizować się przeciw uzurpatorom. Pytali się, którędy najkrótsza droga do Starej Twierdzy i z trudem dali sobie wytłumaczyć, że muszą poczekać na wojska Leliasa. Od tamtej pory w karczmach przemawiał tylko Warion. Uciekali jeszcze tylko trzy razy, za to nakłonili do współpracy dwanaście wiosek. Wieczorami rozmawiali o swoich marzeniach. Olbrzym chciał wrócić do ojczyzny, a chłopak ukarać zabójców ojca i służyć u króla. Gord uczył Wariona walki mieczem, a ten z kolei objaśniał zagadnienia taktyki wojskowej swemu nowemu przyjacielowi. Gdy dobiegał końca siódmy tydzień od wyjazdu Epohii, młodzieniec stwierdził, że stał się odważniejszy. Nie płakał już co chwilę, a w obliczu bójki zachowywał zimną krew. Przybrał na masie dzięki rąbaniu drewna, a miecz Gorda potrafił utrzymać w rękach przez parę chwil. Czterdziestego piątego dnia, po naradzie doszli do wniosku, że należy wracać do kryjówki, by oczekiwać na wieści od półelfa. Po drodze spotykali bandy chłopów gotowych do wojny. Wieści o powstaniu rozchodziły się w mgnieniu oka, co poprawiło humory dwójce przyjaciół. Wreszcie dotarli do leśniczówki, gdzie odpoczywali przed bitwą. Siedem tygodni minęło, a armii króla nie było ani widać, ani słychać. Warion stał się bardzo niespokojny, ale patrząc na doświadczonego Gorda, który wciąż oczekiwał nowin, opanowywał zniecierpliwienie. Wszystko wyjaśniło się dopiero dziesiątego tygodnia, kiedy to do wszystkich wsi w okolicy dotarł krótki list:
„Luriończycy! Lelias III Prawy zwyciężył wojsko Północnego Księstwa i wzywa Was do oblężenia Starej Twierdzy.”
Warion od razu ruszył do Psowa, by za szmaragd kupić uzbrojenie, a Gord spakował ich rzeczy. Następnego ranka zaczęli podróż w kierunku serca Nowej Ziemi, by po trzech
dniach stanąć nad skrajem lasu. Pomimo tego, że zima odeszła dwa miesiące wcześniej, natura wciąż nie budziła się do życia. Chłód panował nawet w południe. Nie przeszkadzało to jednak setkom prostych Luriończyków, którzy wciąż docierali do obozu Leliasa. Stara Twierdza otoczona była wąskim pasem zielonej trawy, a za nim rozlewała się fosa, nad którą unosiła się gęsta mgła. Wilgoć docierała w każdy zakątek obozu, który stanowił trzeci pierścień. Było to morze namiotów i ludzi, otoczone drewnianymi palami. Różnorodne barwy strojów wojowników, proporców i chorągwi przeplatały się ze sobą na tle zdeptanej ziemi. Gwar i hałas dochodzący z placów, na których setnicy szkolili chłopów, dało się słyszeć nawet trzysta łokci od źródła dźwięków.
- Imponujące... – szepnął mężczyzna stojący na skraju lasu.
Jego wzrok przykuła ogromna twierdza zbudowana na planie koła. Otoczona była murem z grubych bloków kamiennych, a sięgającym czterdziestu łokci. Wieże obronne pobudowano na wysokość dwukrotnie większą. Kolejną przeszkodą zasłaniającą pałac był zbudowany na wysokim wzgórzu drugi pierścień obronny. Cztery potężne baszty, a na szczycie każdej z nich czarna flaga, na której tle widniał błękitny feniks, dodawały powagi twierdzy. Strażnicy spacerowali po murach wpatrując się w rozbity za fosą obóz nieprzyjaciela. Każdy z nich trzymał tarczę i włócznię, a jego ciało chroniła kolczuga. Na głowy zakładano hełmy z misiurkami. Mężczyzna, przyglądający się twierdzy skupił się jednak nie na wartownikach, ale na najwyższej wieży, którą zwano królewską. Swoje fundamenty chowała w posrebrzanej kopule pałacu. Ta z kolei zdobiona była czterema witrażami.
- Chodźmy – zakomenderował stojący za obserwatorem ogromny wojownik.
Obaj zaczęli schodzić ze wzniesienia na skraju lasu. Szli wolnym krokiem w kierunku obozujących. Pierwszy prowadził za lejce ogromnego rumaka bojowego odzianego w biały koncerz. Sam nosił lśniące opancerzenie, składające się z hełmu z przyłbicą, naramienników, grubych białych rękawic , kolczugi, nagolenników i utwardzanych butów. Drugi miał na sobie pełną zbroję wykonaną ze stalowych płyt. Na plecach wisiały mu dwa oburęczne miecze. W miarę jak zbliżali się do namiotów, ich uszu dobiegały coraz głośniejsze hałasy.
- Siła naszych – stwierdził ogromny wojownik.
- Tak. Niestety są to tylko chłopi. Żadne regularne wojsko – rzekł zdecydowanie drobniejszy z mężczyzn.
- Mają serce! To się liczy – entuzjastycznie krzyknął olbrzym – Pamiętaj, mówiła mi zawsze matka, pilnuj się byś nie spoczął na laurach w czasie dostatku, bo w niedostatku będziesz musiał starać się o nie. Ci ludzie zębami wyrwą własną wolność. Zobaczysz, przyjacielu.
- Miejmy nadzieję – zakończył rozmowę drobniejszy wojownik.
Wreszcie doszli do drewnianej bramy obozu.
- Kim i skąd jesteście? – powitał ich ubrany w skórzany pancerz wartownik.
- Warion i Gord z... z Psowa – odparł przybysz trzymający za uzdę konia.
- Trafiliście do północnej części obozu, a Psów obozuje na wschodzie – rzekł strażnik – wejdźcie tędy, ale zaraz udajcie się w lewo, ku waszym braciom.
Przybysze wykonali polecenie wartownika i ruszyli wskazaną drogą. W czasie marszu ich uwagę zwróciły dwie rzeczy. Zapach panujący w obozie. Aromat gotowanych zup mieszał się z pieczonymi kiełbasami. Widok szkolonych oddziałów chłopskich, którzy w większości bardzo się starali, ale wciąż popełniali podstawowe błędy w musztrze.
- Za mało mają czasu – szepnął Warion.
- Za mało masz nadziei – odpowiedział mu równie cicho Gord.
Szli dalej przyglądając się kręgom stworzonym przez namioty obozowiczów. Niektóre z nich były większe, a na swoich szczytach miały zawieszone różne chorągwie. Jedne przedstawiały godła, inne tylko barwy danych miast lub rycerzy.
- No, no, mimo wszystko naprawdę imponujące – mówił pod nosem Warion.
Po kwadransie dotarli do placu otoczonego szarymi, starymi, dużymi namiotami, w którego środku wbita była długa chorągiew z wizerunkiem białego wilka na tle czarnego nieba i księżyca.
- Są – powiedział Warion i odchylił przyłbicę. Gord zrobił to samo, po czym powiedział:
- To dla mnie ogromny wstyd, dać sobą rządzić jakiemuś mieszczuchowi z Lurii, ale dla dobra sprawy... – pokręcił głową z dezaprobatą i ruszył między namioty. Młodzieniec uśmiechnął się i już miał podążyć za swym przyjacielem, gdy za jego plecami rozległ się obcy głos.
- Spadają mi panowie z nieba!
Warion klepnął w rękę olbrzyma i obaj odwrócili się, by spojrzeć na właściciela basu.
Był to średniego wzrostu mężczyzna opatulony w nieskazitelnie biały płaszcz. Okrągłą głowę nakrył kapturem. Jego rude brwi wskazywały jednak na jasny odcień skóry. Broda pokrywała mu połowę twarzy, ale nie przesłoniła uśmiechu, jakim obdarzył przybyszów.
- Pozwólcie, że się przedstawię. Zwą mnie Wulkan, jestem rycerzem Białej Gwardii.
- Warion oraz Gord – rzucił niedbale młodzieniec.
- Warion... syn? – zapytał zaintrygowany mężczyzna.
- Syn Wara II, a sługa Leliasa III Prawego – rzekł stanowczo Gord.
- Tak, wiem... Epohia opowiedziała Białej Gwardii o synu Wara II. Dzięki twoim informacjom stoimy pod Starą Twierdzą. Wybacz wścibskość, bracie.
- Epohia jest tutaj?.
- Jest, ale w południowej części obozu. Spotkacie się po bitwie. Tak właśnie... – zamyślił się Wulkan, ale zaraz dodał z nową energią w głosie – Zapewne zastanawiacie się, o co mi chodzi. Już tłumaczę. Na wezwanie króla przybyło mnóstwo band chłopów i mieszczan, ale niewielu z nich wie, czym jest wojaczka, a zupełnie nikt jak dowodzić. Potrzebujemy ludzi zdolnych poprowadzić oddziały. Biała Gwardia obsadzona została już wszędzie, gdzie mogła posłać ludzi, ale to wciąż mało. Odnajduję takich jak wy, czyli zdolnych, ale spóźnionych. W lasach informacje nie krążą tak szybko, jak w miastach. Król Lelias wciąż liczy, że jego setnicy i stratedzy ukrywają się, bo nie wiedzą o powstaniu. Do rzeczy. Chciałbym zaoferować wam służbę na stanowiskach setników.
- Nie potrafię dowodzić, ale stanę u boku mego przyjaciela – rzekł Gord.
- Jeśli tak mogę pomóc w bitwie, niechże się tak stanie – powiedział Warion i wziął z rąk gwardzisty glejt oraz białą pelerynę.
- Zaraz przydzielę ci odpowiednią setkę, ale najpierw złóż przysięgę...
***
Przed namiotami dopalały się ogniska. Na placu, co kilkanaście łokci, leżały psy myśliwskie zwinięte w kłębki, by nie tracić ciepła. Mężczyźni, ubrani w grube skóry, tanie pancerze lub zwykłe szmaty, właśnie starali się ustawić w szyku bojowym. Przewodził im wysoki, pomarszczony na twarzy starzec, który co chwilę krzyczał na swoich podwładnych. Kiedy zobaczył nowoprzybyłych od razu zamilkł.
- Ty tu dowodzisz? – zapytał z grymasem niechęci na twarzy Gord.
- Tak, ja, panie – odparł nieśmiało przywódca.
- Jestem Warion, a to mój przyjaciel. Odwiedziliśmy parę tygodni temu wasze miasto. Przydzielono nas do tej setki. Nie znamy innej szczerze powiedziawszy.
Mężczyźni, ustawieni w niezgrabny szyk bojowy, zaraz zaczęli szeptać między sobą. Jeden z nich wyszedł przed szereg i powiedział z szacunkiem:
- Poprowadź nas, panie. To ty pokazałeś, że warto walczyć. Poprowadź nas.
- Ty, to ten szewc, na którego chciałem nawrzeszczeć jeszcze w Psowie– szepnął Gord.
Warion rozejrzał się dookoła siebie. Ludzie przedstawiali się naprawdę żałośnie, ale gdy usłyszeli jego imię, na ich twarzach pojawiła się nadzieja. Inaczej wyglądał tylko ich dowódca. Zaciskał zęby w złości, ale nie śmiał spojrzeć w oczy przybyszom. Młodzieniec przypomniał sobie słowa, których kiedyś, nauczył go pewien człowiek: „Najtrudniejszą służbę przychodzi podjąć królom. Nikt w ich królestwie nie powinien służyć z większą gorliwością, niż oni sami.” Zaraz potem rzekł spokojnie:
- Przybyłem tu służyć, nie wydawać rozkazy. Jeśli ktokolwiek może mnie mianować na waszego dowódcę, to tylko on sam, strateg albo król.
Cisza zapanowała w obozie. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Tylko przywódca zacisnął pięści, aż wreszcie rzekł:
- Nie dręcz mnie, panie, odejdź stąd lub zabierz mi władzę – w jego głosie wyczuwało się gorycz.
- Zależy ci na nich, prawda? – zapytał Warion.
- Tak... – odpowiedział starzec i spuścił wzrok.
- W takim razie, zgadzam się. Od dziś ja będę waszym setnikiem. Pamiętam jednak z czyich rąk otrzymałem władzę. Starcze, jak ci na imię?
- Jestem Malco, celnik Psowa.
- Od dziś będziesz się zwał Malco, dziesiętnik Psowa.
Kolejnymi dowódcami, jakich mianował Warion, byli olbrzym Gord, szewc z którym miał zatargi, trzej bracia myśliwi oraz czterech miejskich strażników. Następny tydzień w obozie minął pod znakiem szkoleń. Oddziały piechoty były trenowane na tyłach obozu oraz wykluczane z ataków na twierdzę. Warion doskonale wiedział, jak słaby poziom prezentują jego podwładni. Postanowił, że zacznie wszystko od podstaw. Szeregowi dzień w dzień wykonywali proste komendy. Słowo „baczność”, powtarzane tysiące razy, sprawiło, że nauczyli się równocześnie wykonywać dane polecenia. Brzmiało w ich uszach częściej niż dźwięki rogów zwołujące jazdę i elfy do boju. Gord znał już podstawy taktyki, dlatego to on prowadził musztrę, a Warion w tym czasie szkolił dziesiętników. Starał się sprawić, by stali się bardziej zdecydowani i logicznie myślący. Nie zapomniał jednak, że w glejcie było napisane: „Do dowódcy piechoty chłopskiej...” Oznaczało to, że jego ludzie mają znać komendy odnoszące się do oddziałów złożonych z lekkozbrojnych pieszych.
- Robią postępy – zauważył Gord na odprawie dziesiętników.
- Robią je za wolno – uciął rozmowę Warion i wrócił do swoich zajęć.
Z każdym dniem coraz bardziej denerwował się, kiedy widział ustawiających się na apelu chłopów. Chciał tak jak inni spróbować sił pod murami, udowodnić, że da się przekroczyć bramy twierdzy. Wszystko zmieniło się siódmego dnia od przybycia dwójki wojowników. Malco zajmował się zaopatrzeniem oddziału, dlatego to on miał kontakt z innymi podobozami. Oprócz rozkazów, broni i jedzenia przynosił on również wieści, którymi chętnie dzielił się w czasie wieczornych ognisk. Właśnie zaczynał mówić, gdy do kręgu żołnierzy dołączył Warion.
- Mów śmiało, sam chętnie posłucham – powiedział zachęcająco do starca.
- Już mówię – rzekł Malco i łapczywie chwycił za placek zbożowy – No więc, rozmawiałem z ludźmi z magazynu. Podobno dziesiątki setników nadchodzą z lasów. Kolejne oddziały dostają przywódców. Cała Luria śle nam pożywienie i broń. Wyłomy w murach są coraz większe. Rośniemy w siłę, bracia!
- Więc dlaczego wciąż tu stoimy? Możemy już ruszyć na wroga! – krzyknął szewc.
- Nie wiem. Podobno nasz pan mści się na zdrajcach, pokazując jaką mamy siłę. Zapewne dręczą ich senne koszmary. Już my im pokażemy. W ostatnich dniach przyjął aż trzy razy poselstwo wroga wraz z księciem Yika, a po ostatniej wizycie, z namiotu króla Leliasa wyszła tylko straż zdrajcy. Wiecie dlaczego? Został ścięty!
Okrzyk radości zagłuszył dalszą opowieść starca. Warion wstał i poszedł do swego namiotu. Zawiązał połę, by w nocy było mu cieplej i odwrócił się, by położyć się na sienniku.
- Witaj – powiedział jakiś zakapturzony mężczyzna stojący nad posłaniem.
Setnik przestraszył się i już miał krzyknąć, ale nieznajomy wcale nie ruszał się.
- Co tu robisz i kim jesteś? – zapytał szorstko Warion i wziął głębszy oddech.
- Jestem ostatnim z pokutujących. Teraz Stara Twierdza wolna jest od ludzi, którzy chcą dobra Lurii. Przebacz mi panie, tak jak zrobił to twój pan, a będę wiedział, że mogę jeszcze odkupić swoje winy. Król rzekł, iż zna ciebie. Nie przełożysz prywaty nad dobro kraju, dlatego wciąż mam nadzieję.
Warion czuł, że jego serce waliło jak młot. Pot zaczął wstępować na jego czoło. Wreszcie zapytał:
- Kim jesteś?
- Jestem tym, który zdradził Leliasa III Prawego, tym, który uzyskał jego przebaczenie. Jestem tym, który wydał rozkaz zamordowania ciebie i twego ojca... Zabijając mnie, służysz zemście, nie królowi... Racz zważyć na me słowa... – dalszych słów mężczyzna nie dał rady wymówić.
Padł na kolana i zaczął gorzko płakać. Warion czuł, jak gorąco ogarnia jego ciało. Kręciło mu się w głowie. Usiadł na ziemi i złapał się za włosy. „A więc dlatego król nie zaatakował. Liczył, że uda mu się nawrócić do właściwej służby jak największą ilość Luriończyków”. Różne myśli zrodziły się w umyśle młodzieńca, a zdrajca wciąż leżał na ziemi. Gniew zmobilizował Wariona do wykonania samosądu. Wstał, sięgnął po miecz i... Przypomniał sobie, jak zachował się król. Zemsta opanowywała jego umysł, bo czuł, że miłosierdzie nie zaspokoi żądzy sprawiedliwości. Nie mógł zrobić kroku w kierunku zdrajcy. Upadł na kolana, upuścił broń i pozwolił, by obezwładnił go płacz. „Ten człowiek chce się zmienić. Jak tu teraz dokonać zemsty, Pazurze!?” - krzyknął w duchu młodzieniec. „Jeśli Lelias wybaczył mu zdradę całej Lurii, ja też wybaczę, choć nigdy nie zapomnę.”
Po tym zdarzeniu Yik został wcielony do setki z Psowa. Powitano go dość chłodno, ale gdy ludzie, zobaczyli, że Warion zmienił do nich podejście właśnie po przybyciu nieznajomego, zaakceptowano go. Teraz setnik podchodził do każdego chłopa i tłumaczył mu, co robi źle. Przyrównywał ich do rządców, którzy powinni dbać o swoje sługi, jakimi były włócznia i tarcza. Czasem zamienił z nimi parę zdań sprawiając, że czuli się ważniejsi. Ludzie byli dumni, że szkolił ich właśnie taki dowódca. Następnego dnia mieli dać wyraz swojej lojalności...
***
Bębny i rogi wygrywały rytm podchodzącej pod mury nieprzyjaciela piechocie. Maszyny oblężnicze wciąż słały ogromne głazy na mury Starej Twierdzy. Pomimo bezchmurnego nieba, słońce skryło się na chwilę za deszczem strzał wypuszczonych przez obrońców. Krzyk trafionych rozdarł powietrze. Krew bryznęła na twarz Wariona, gdy szewc został ugodzony w głowę.
- Trzymać się blisko! – ryknął Gord, stojący w pierwszej linii.
Piechota ścisnęła się jeszcze bardziej. Dzięki temu tarcze utworzyły ścianę, której nie mogły pokonać groty strzał.
- Przekroczyć fosę! – wydał rozkaz Warion, gdy zobaczył, że chorąży stratega zaczął machać czerwoną flagą.
Krzyk bojowy i drżenie ziemi pod stopami pierwszych szeregów zaraz spotęgowały gardła i buty kolejnych. Gdy tylko szyk został rozerwany, łucznicy ponownie zaczęli strzelać z murów. Nie przeraziło to jednak setki z Psowa. Parli naprzód nie bacząc na straty. Woda w fosie przybrała czerwony kolor.
– Do mnie! Grupować się! Szyk bojowy! Drabiny! – krzyczał Warion.
Dziesiętnicy powtarzali słowa setnika, który podniósł rękę, by być lepiej widocznym dla swoich ludzi. Psów nie zdążył się jednak przegrupować. Kolejna salwa strzał dosięgła setkę, która przed momentem wyszła z wody. Malco był jednym z trafionych. Trzy strzały przeszyły mu wnętrzności. Padł na ziemię.
- Gdzie są te cholerne drabiny!? – ryknął Warion i stanął w szeregu obok pozostałych ludzi – Utworzyć kwadrat!
Niecała pięćdziesiątka stanęła w czworoboku znowu zasłaniając się tarczami.
- Naprzód! – ryknął Gord, gdy setnik dał mu znać.
Zieloną trawę, która pokrywała teren między murami obronnymi a fosą, powoli zalewała fala żołnierzy. Cała armia dostała sygnał od chorążego Wulkana, by szturmować. Podniósł się jeszcze większy krzyk, który zagłuszał jęk trafianych przez strzały. Warion zauważył, że Gord zacisnął zęby, a w jego udzie tkwi strzała.
- Dalej! – ryknął w przypływie szoku olbrzym i przyspieszył kroku. Jakiś oddział już napierał na bramę. Taran, jaki trzymali atakujący, w końcu wyłamał wrota u bramy, ale zaraz spłynęła na nich rozgrzana smoła. Obrońca stojący nad bramą podpalił koniec swej strzały i posłał ją w kierunku mających umrzeć w bólu żołnierzy.
- Droga wolna! Dostać się pod bramę! – krzyczał setnik Psowa.
Jego oddział wraz z trzema innymi powoli zmierzał ku wywarzonym wrotom. Nikt nie mógł pomóc biegnącym w stronę fosy palącym się żołnierzom, ale większość poczuła lęk. Warion widział, że jego ludzie nie wykonują już tak pewnie rozkazów. Wybiegł przed szyk i ruszył pędem na przeciwnika. „Głupcy, nie rozumieją, że stojąc czekamy na śmierć! Ktoś musi dodać im otuchy...”- powtórzył w duchu ze złością i przyspieszył. Strzały kilkakrotnie dosięgły jego tarczy i sprawiły, że stała się zbyt ciężka. Odrzucił ją i kontynuował szarżę. Był już bardzo blisko, w szczelinie palących się szczątek wrót dojrzał głowę wrogiego żołnierza. Nie widział już nic innego, nie powstrzymało go nawet ukłucie w pierś. Czuł, że robiło mu się coraz cieplej, nie mógł oddychać. Wreszcie znalazł się pod kamiennym łukiem bramy, a tu nie mogły dosięgnąć go już strzały łuczników. Podniósł nad głowę ostrze miecza i zatopił je w przerażonej twarzy wroga. Nagle poczuł trzy popchnięcia, a zaraz potem przeszywający jego brzuch ból. Osunął się na ziemię i zamknął oczy.
***
Kiedy trzysta lat później namalowano obraz przedstawiający bitwę o Starą Twierdzę, oprócz wielu bohaterów nie zapomniano o trójce przyjaciół z karczmy pod „Smokiem”. Legendy zniekształciły obraz Wariona, który przedstawiony był jako ogromny wojownik, wyważający wrota bramy. Gord jako pierwszy dostał się do królewskiej twierdzy i zabił w walce na miecze ukrywających się tam zdrajców. Epohia jako przywódczyni garstki elfów biorących udział w powstaniu, grała na lutni zamiast strzelać z łuku, ale kronikarze wiedzieli, że tak naprawdę walczyła, a nie śpiewała podczas bitwy. Pod dziełem widniał napis, który po zdobyciu Starej Twierdzy król umieścił na trumnie Wariona:
„Niech historia Twego życia nauczy moich synów, jak rządzić i służyć.(Lelias III Prawy)”

tojestdobrew : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

kitty-brit | simson-rider | loo | agata-adzi | kicia18 | Mailing